Brain Leaks #7

W ostatnim czasie dość często wracają do mnie słowa „profesjonalista” oraz „amator”. Od dawna wydawało mi się, że profesjonalista to ktoś wykonujący swoją pracę zawodowo, zarobkujący na tym, a więc wykonujący ją znacznie lepiej niż amator, który jest tylko słabym naśladowcą „zawodowca”. No i wszystko się zgadza… wydawało mi się. Im częściej mam kontakt z różnego typu zawodowcami tym częściej mam wrażenie, że większość z nich ma specjalność kasjer-lekkoatleta lub kasjer-bajkopisarz. Różnica pomiędzy nimi polega na tym, że Ci pierwsi biorą kasę i tyle ich widzieli. Ci drudzy biorą kasę i przekonują, że rzeczywistość jest inna niż jest. Strategia polega na tym, żeby klienta wykasować. Jak już pieniążki są w ręce, to można szybko czmychnąć, żeby klient nie zdążył złożyć reklamacji (Ci pierwsi) lub w razie reklamacji opowiadać niestworzone historię mające usprawiedliwić ich błędy (Ci drudzy). Teoretycznie niewidzialna ręka rynku powinna doprowadzić do tego, żeby partacze z rynku zniknęli – bo przecież powinni stracić klientów. W końcu mamy Internet, telefony itd. więc informacje szybko się rozchodzą. Niestety, tak nie jest. Partactwo ma się w najlepsze i nic nie wskazuje na to, żeby miało zniknąć. Wydawałoby się, że samoregulacja nie działa. Nagle okazuje się, że chyba jest wręcz odwrotnie. Działa. Zdziwieni? Ano działa! Z niesolidnymi rzemieślnikami związana jest druga historia – zazwyczaj oferują niskie ceny. Jeśli cena niska, to i chętni na ich usługi się znajdą. Nawet, gdyby później mieli pluć sobie w brodę przeklinając samych siebie, że dokonali głupiego wyboru. Cena jest niska bo… sami wiecie (pisałem o tym już kiedyś): magiczne zaklęcie brzmi „bez fakturki”. Pracownik też pewnie pracuje „na czarno”. Masa kosztów dzięki temu odchodzi, to i cenę da się zrobić lepszą niż ta oferowana przez uczciwego przedsiębiorcę. Żeby było zabawniej, to ten uczciwy mimo wyższej ceny i tak zarabia mniej. Jaki z tego morał? Po co robić coś legalnie, skoro klientów będzie mniej zamiast więcej? A jak nielegalnie, to po co się starać? Fakturki nie będzie, to i reklamacji nie będzie. Jeśli klient będzie upierdliwy to się poprawi, a jak się kilka razy poprawi nieskutecznie to się klient zmęczy i machnie ręką. A nawet jak się klienta straci… To co? Upierdliwy był. Po co się z nim męczyć. Przyjdą następni! W końcu ludzie ciągle będą mieli coś do roboty.

W opozycji do zawodowców stoją amatorzy. Wydawać by się mogło, że taki amator co nic nie potrafi, to co on może… Praktyka pokazuje, że może całkiem dużo. Szczególnie, że posiadając coś unikalnego – pasję, taki amator bardzo szybko się uczy. Wielokrotnie spotkałem się z przypadkami, że to właśnie amatorzy potrafili robić rzeczy zarówno całkiem profesjonalne, jak i piękne. Rzeczy, których profesjonalista nie dotyka – bo są skomplikowane, wymagają najwyższych umiejętności oraz zaangażowania i czasu. Tego ostatniego profesjonalistom brak (bo czeka kolejny klient). Natomiast jeśli chodzi o to przedostatnie, to z zaangażowaniem liczą tylko zarobione pieniądze. Na całe szczęście amatorskie dzierganie czasami prowadzi do wejścia na rynek z własnym biznesem. Jak na widelcu widać wtedy, to zaangażowanie i pasję. Rzeczy robione są solidnie. Niekoniecznie na dużą skalę, ale tak, że miło spojrzeć na efekty ich pracy.

Zatem amatorzy – do boju! Pokażcie, że można pracować solidnie. Nie schodźcie z ceny, poszukajcie po prostu swoich klientów. Tych, którzy potrafią docenić „solidną robotę”. Mam tylko jedną prośbę – nie wpadnijcie w tą pułapkę i nie zostańcie „profesjonalistami”. Powodzenia!

Aż przypomina się ten klasyk w wykonaniu Kabaretu Dudek.


Czytaj więcej: 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.